Boję się
„Boję się AI.”
Czasem to słyszę. I – nie żeby mi się wydawało, że wiem lepiej
– ale serio jestem zdziwiona.
Bo pytam czego konkretnie, i odpowiedzi zazwyczaj brzmią:
– danych – prywatności – kontroli – „co oni z tym zrobią”
Coś tu nie gra.
Bo jeśli naprawdę martwisz się bezpieczeństwem swoich treści i informacji, to… AI nie jest miejscem, gdzie oddajesz ich najwięcej.
Sory.
Media społecznościowe. Stary układ, do którego wszyscy przywykliśmy
Facebook, Instagram, Threads, X, LinkedIn – wszystkie te platformy powtarzają:
„Treści są Twoje”. Technicznie? Tak.
Ale jednocześnie każda z nich wymaga od ciebie szerokiej licencji: globalnej, niewyłącznej, bezpłatnej, przenoszalnej, z prawem do sublicencji, obejmującej modyfikację, dystrybucję, tłumaczenie i tworzenie utworów zależnych.
Płacisz za brak reklam. Nie zmieniasz zasad licencji na swoje treści.
Czyli w praktyce: wrzucasz zdjęcia, opisujesz swoje życie, dzielisz się wiedzą, emocjami, całą swoją historią. Często publicznie.
Od lat. Za darmo. W systemie, który żyje z tego, że ludzie patrzą i klikają.
I to jakoś nie budzi lęku.
AI. Narzędzie, które przyszło za szybko
Większość narzędzi AI działa dziś dość jasno:
– konta darmowe / konsumenckie: trenowanie modeli na Twoich danych
– konta biznesowe, enterprise, API: domyślny brak użycia danych użytkowników do treningu
To nie jest tajemnica ani spisek. To właściwie bardzo przejrzysty i uczciwy model biznesowy, i jak każdy – wymaga świadomości.
Ale jest zasadnicza różnica:
– AI nie publikuje Twoich treści
– AI nie sprzedaje Twojego wizerunku innym użytkownikom
– AI nie żyje z ekspozycji Twojego życia
Lęk przed AI bardzo rzadko dotyczy samych danych. Częściej dotyczy utraty kontroli – bo narzędzie jest nowe, mówi ludzkim językiem i nie zdążyliśmy go jeszcze oswoić.
I tu pojawia się coś, o czym mówi się podejrzanie mało
W czasie, gdy zwykłych użytkowników straszy się AI: zagrożeniami, ryzykiem, „lepiej poczekać”,
duże korporacje robią coś zupełnie innego.
Masowo patentują zastosowania AI.
Nie „inteligencję”. Nie „myślenie maszyn”.
Tylko integracje, orkiestrację, personalizację, konkretne branżowe użycia.
Oto liczby, które dają do myślenia:
– ponad 120 tysięcy przyznanych patentów AI
– wzrost rzędu 30% rocznie
To nie są patenty defensywne. To patenty, które:
– podnoszą próg wejścia
– utrudniają tanie rozwiązania
– sprawiają, że innowacja staje się „legalnie droga”
I nagle AI przestaje być „niebezpieczne”. Staje się uregulowane, opatentowane i licencjonowane.
Strach jako idealny bufor czasu
Z perspektywy dużych graczy ten układ jest niemal perfekcyjny.
Podczas gdy zwykli użytkownicy się boją, odkładają naukę, mówią „to jeszcze nie dla mnie”,
rynek ma czas, żeby dojrzeć, zostać podzielony i zabezpieczony prawnie.
Nie potrzeba żadnej teorii spiskowej. Wystarczy niepewność.
Bo im później ludzie zorientują się, że AI nie jest zabawką, ale realnie obniża koszty tworzenia i daje ogromną dźwignię małym graczom,
tym więcej przestrzeni będzie już czyichś.
To nie użytkownik AI jest problemem
System boi się użytkownika, który rozumie AI jako infrastrukturę, łączy narzędzia zamiast bawić się promptami, widzi w AI sposób budowania realnej wartości.
Dlatego tak dużo mówi się o strachu, etyce, zagrożeniach…
… a tak mało o patentach, koncentracji własności intelektualnej, barierach wejścia.
Kontekst zamiast paniki
To nie jest tekst o tym, że „AI jest bezpieczne i niewinne”. Nie jest.
Ale jeśli od lat oddajesz swoje treści mediom społecznościowym, robisz to publicznie i za darmo, a boisz się rozmowy z AI w zamkniętym narzędziu,
to problemem nie jest bezpieczeństwo.
Jest nim brak zrozumienia i kontekstu.
A strach bardzo rzadko działa na korzyść tych, którzy się boją. Częściej daje czas tym, którzy w ciszy ustalają reguły gry.


.jpg)
